niedziela, 4 grudnia 2016

Inner me.



   Należę do osób, które nie obnoszą się ze swoimi uczuciami. Nie dla wygody czy, bo tak.. Według mnie uczucia są w sumie jedyną rzeczą, która zostaje dla mnie. Wszystko inne dzielę z ludzmi, a uczucia? Zamykam je, staram się ich nie okazywać, traktuję jak mój i tylko mój skarb. Zauważyłam, że ludziom to przeszkadza. Nie lubią żyć w niepewności, próba rozgryzania i domyślania się, jest po prostu bez sensu.
 Nie pamiętam, kiedy powiedziałam rodzicom, że ich kocham. Za to pamiętam, kiedy odczuwałam tak potężną pustkę, że się rozpłakałam bez powodu. Czuję tę pustkę dosyć często, tak często, że wydaje mi się, że jest najzwyczajniej cząstką mnie. Nie uważam, że coś jest ze mną nie tak. Kto powiedział, że ludzie muszą wymiotować na prawo i na lewo uczuciami? Kto ustalił, że każdy musi obnosić się z uczuciami, uzewnętrzniać. Brzmi to jak problem z zaufaniem, prawda? Nie mam problemu z zaufaniem, wręcz przeciwnie- ufam za bardzo. Nie lubię jak inni wymagają ode mnie, że będę kimś, kim nie jestem, że się zmienię. Lubie siebie! Może czasami, niektóre uczucia mnie przerastają, ale chyba się przyzwyczaiłam. A co do słowa "kocham".. Stało się niedoceniane i przeciętne. Ludzie używają go na potęgę. Kiedyś znaczyło o wiele więcej niż dzisiaj, kiedyś używano go rozsądnie. Kocham jeść, kocham spać, kocham biegać, kocham koty.. Litości. To słowo znaczy naprawdę dużo, więc czemu jest tak nadużywane? Smutne.

  Ostatnio dotarło mnie mnie, że straciłam pewną cząstkę siebie.. Zaczęłam się przejmować. Mogę zwalić to na napięcie przedmiesiączkowe i po miesiączkowe (trzeba mieć jakąś wymówkę, nie?), ale to chyba bez sensu. Widzę to na przykładzie W. Nie lubię jak jest na mnie zły, ostatnio go zwyzywałam i przepraszałam, jak głupia. To takie do mnie nie podobne.. Ech, chyba w końcu dorastam.. i robię się miękką pipą.

  Zostawiłam wszystkie obowiązki na niedzielę, więc za kilka godzin będę płakała, że nie dam rady.



Pozdrawiam serdecznie.

piątek, 4 listopada 2016

A hard beginning makes a good ending?




        Zacznijmy od tego, że jestem kompletną porażką jeżeli w grę wchodzi coś takiego, jak motywacja, silna wola, zaparcie się. Wszystko za co się wezmę kończy się niepowodzeniem. Zaczynając od spraw błahych, kończąc na tych ważnych. Nie wiem, skąd to się u mnie wzięło. Mama mówi, że jako dziecko robiłam wszystko na czas, przykładałam się etc. Więc skoro jak dziecko byłam do tego zdolna, coś po drodze się popsuło. Kilka razy w roku próbuje to zmienić, jak już wspomniałam, kiepsko mi to wychodzi. Ale.. No właśnie, ale! "Próbo­wanie to sy­nonim życia. Nie próbu­jesz, nie żyjesz." Tak wyszło, że znowu próbuje żyć. Siedzę i patrzę na książkę, od której jest zależna moja przyszłość. Brzmi śmiesznie, ale niestety to prawda. Jeżeli nie spróbuje, to wiem, że zawale jedną z najważniejszych rzeczy w życiu. Tak, więc ta piękna, nowa (o jeju, jak ona pachnie) książeczka wygląda super zachęcająco! Podejmuje próbę (ryzyko) i mam nadzieje, że tym razem uda mi się coś doprowadzić do końca i to z pozytywnym wynikiem.
  Dodatkowo wspomnę, że od miesiąca żyje w taki stresie, że praktycznie nic nie jem. Nie ma szans, żebym zapomniała o egzaminach. Zawsze znajdzie się ktoś bardzo miły, kto mi przypomni. Z tym, że ja o nich pamiętam. Budzę się myśląc o tym, jak bardzo spierdolę sobie życie, jeżeli to zawale. Kładę się do łóżka kompletnie zrezygnowana, bo przecież niczego nie osiągnę. Takie błędne koło, z którego mam zamiar wyjść! Zaczęłam myśleć realnie (nie optymistycznie) i dam z siebie wszystko! Jeżeli mi się nie uda, przynajmniej nie będę miała pretensji do samej siebie, że nie zrobiłam tego czy tamtego. Chwilowo całe moje życie kręci się wokół ostatniego roku..


poniedziałek, 31 października 2016

Emptiness.

   

     Jestem nieszczęśliwa. 





    Uśmiecham się i to często. Siedząc ze znajomymi czuje się normalnie. Najgorzej jest wieczorami i w nocy. Czuję taką pustkę, bezradność.. Mam wrażenie, że nie poradzę sobie z niektórymi sprawami.
Jestem słaba.. tak cholernie słaba. Nienawidzę tego w sobie. Mam ochotę rzucić wszystko, wyjechać gdzieś i zacząć od nowa. Chociaż doskonale wiem, że to i tak by nic nie dało. Dodatkowo mam przeczucie, że niedługo coś się zepsuje.Wróciłam od H. niedawno, położyłam się i uderzyło to we mnie.

Przyszła jesień, zaraz będzie zima, co rzutuje na moje samopoczucie. Nie potrafię funkcjonować w tym okresie. Dodatkowo niszczę sama siebie. Autodestrukcja..
Wiem, że powinno być inaczej, ale nie umiem tego zmienić.
                  Cała ja, spierdolona do potęgi. 






sobota, 22 października 2016

Stone Cold.



      Widziałam się wczoraj z E. Sprawa z E. jest dosyć skomplikowana i ciężka do opisania. Nie przyjaźnimy się, jesteśmy koleżankami (od jakichś 6 lat). Pewnie normalni ludzie nazywaliby to przyjaźnią, ale ja do normalnych nie należę i w przyjaźń nie wierzę, ale to temat na osobny post. Tak czy siak, wracając do tematu. Do spotkania byłam strasznie negatywnie nastawiona. Przez ostatnie dwa dni kompletnie nie miałam humoru i chęci na nic. Przemogłam się i ruszyłam dupę na miasto. Ogólnie było fajnie, nie żałuję, że poszłam. Jednakże zauważyłam coś, co nie daje mi spokoju.
E. jest osobą stosunkowo otwartą, uśmiechniętą i lubi mnie przytulać, zwłaszcza po alkoholu. Cenie sobie moją własną przestrzeń i nie lubię jak ktoś mi się w nią wjebie z buciorami. Przytulała mnie śmiała się i w ogóle, a ja jedyne co czułam, to zirytowanie. Ponieważ zabierała mi moją przestrzeń. Czuję się jak typowa suka.. w dodatku bez uczuć. Mówiłam jej już milion razy, że nie lubię jak ktoś mnie przytula, za każdym razem jej to chyba umyka. Tym razem się nie odezwałam.
  Lubię się przytulać, ale wtedy, kiedy ja mam na to ochotę. Królowa Lodu, bo to najlepsze porównanie jakie przychodzi mi na myśl. Ludzie potrzebują kontaktu fizycznego z innymi. Tak po prostu jest. Ja jestem wyjątkiem chyba, bo tego kontaktu potrzebuje naprawdę mało. Zazwyczaj jak jest mi smutno, to wtedy jestem wdzięczna za obecność drugiej osoby,
  Dodam jeszcze tak kompletnie #offtopic, że ja też rozlałam całą chęć do życia. Wszystko znowu się na siebie nakłada i zaczyna mnie przytłaczać.




czwartek, 20 października 2016

Baby, you have to decide.

   
     Powiedzmy, że jestem teraz w momencie swojego życia, kiedy muszę podjąć decyzję. Ba! Decyzję, która będzie rzutowała na moją przyszłość. I teraz coś co zdziwiło mnie najbardziej- najwięcej wsparcia dostaję od osób, które powinny mieć to gdzieś. Druga grupa: rodzina. Tak, tak, wiem.. Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Szczerze to mniej więcej od gimnazjum miałam świetny kontakt z mamą, mówiłam jej wszystko, nawet rzeczy, których nie mówiłam bliskim koleżankom, zawsze, ale to zawsze dostałam radę lub, jeśli była potrzeba to ochrzan. Byłam przekonana, że i tym razem mnie zrozumie. Wyobraźcie sobie, że oczekujecie całkowitego zrozumienia, albo przynajmniej konstruktywnej krytyki, a w zamian dostajecie "wiadro wody na głowę". Po rozmowie, a raczej jej małej namiastce czuję się całkowicie zdemotywowana.. Czuję jakiś wewnętrzny przymus bycia córką idealną. Chcę, żeby byli ze mnie dumni, chcę to usłyszeć. Tylko czy warto to osiągnąć kosztem tego, czego chce ja. Jestem w kropce. :)
  Nigdy nie sprawiałam większych problemów. Rodzice znajomych zawsze brali mnie za grzeczną, dobrze wychowaną i miłą dziewczynę, wydaje mi się, że też ufali. Więc, czemu moi nie mogą zrobić tego samego?
Kropka, kropka, kropka, kropka.


A jeśli podejmę decyzje sama i wyjdzie mi ona na złe? Kogo będę winiła? Siebie, że ich nie posłuchałam, czy ich, że mocniej na mnie nie naciskali?
Ciekawe, kiedy będą bardziej zawiedzeni.. Jak zrobię po ich myśli i mi to kompletnie nie wyjdzie (mam przeczucie, że tak będzie), czy jak zrobię po swojemu i też mi nie wyjdzie...






Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka