Powiedzmy, że jestem teraz w momencie swojego życia, kiedy muszę podjąć decyzję. Ba! Decyzję, która będzie rzutowała na moją przyszłość. I teraz coś co zdziwiło mnie najbardziej- najwięcej wsparcia dostaję od osób, które powinny mieć to gdzieś. Druga grupa: rodzina. Tak, tak, wiem.. Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Szczerze to mniej więcej od gimnazjum miałam świetny kontakt z mamą, mówiłam jej wszystko, nawet rzeczy, których nie mówiłam bliskim koleżankom, zawsze, ale to zawsze dostałam radę lub, jeśli była potrzeba to ochrzan. Byłam przekonana, że i tym razem mnie zrozumie. Wyobraźcie sobie, że oczekujecie całkowitego zrozumienia, albo przynajmniej konstruktywnej krytyki, a w zamian dostajecie "wiadro wody na głowę". Po rozmowie, a raczej jej małej namiastce czuję się całkowicie zdemotywowana.. Czuję jakiś wewnętrzny przymus bycia córką idealną. Chcę, żeby byli ze mnie dumni, chcę to usłyszeć. Tylko czy warto to osiągnąć kosztem tego, czego chce ja. Jestem w kropce. :)
Nigdy nie sprawiałam większych problemów. Rodzice znajomych zawsze brali mnie za grzeczną, dobrze wychowaną i miłą dziewczynę, wydaje mi się, że też ufali. Więc, czemu moi nie mogą zrobić tego samego?
Kropka, kropka, kropka, kropka.
A jeśli podejmę decyzje sama i wyjdzie mi ona na złe? Kogo będę winiła? Siebie, że ich nie posłuchałam, czy ich, że mocniej na mnie nie naciskali?
Ciekawe, kiedy będą bardziej zawiedzeni.. Jak zrobię po ich myśli i mi to kompletnie nie wyjdzie (mam przeczucie, że tak będzie), czy jak zrobię po swojemu i też mi nie wyjdzie...


Brak komentarzy :
Prześlij komentarz